piątek, 28 listopada 2014
Powrót
Powrócę niebawem z nowym rozdziałem :) Teraz mam dużo pracy. Jak widzicie zmienił się szablon bloga i bardzo dziękuję za to koleżance. Poprawiłam akapity w rozdziałach, ale w większości treść została ta sama. Rozdział 5 powinien pojawić się jak tylko zmuszę się do jego napisania. Dziękuję tym, którzy jeszcze mnie nie opuścili i cierpliwie czekają.
niedziela, 2 marca 2014
Rozdział 4
Nowy dom...
Wysiadłam w Helena, stolicy stanu Montana. Zabrałam swoje walizki i skierowałam się w stronę drzwi wyjściowych, kiedy zadzwonił mój telefon. To był John. Po chwili wahania nacisnęłam zieloną słuchawkę.
- Jesteś już w Montanie?
- Tak, właśnie wychodzę z lotniska. Gdzie jesteś?- przystanęłam na środku holu
- To świetnie. Na zewnątrz. Stoję w brązowej, skórzanej kurtce. - John nie krył się z zadowoleniem i szybko się rozłączył nie dając mi dojść do słowa.
- Do zobaczenia- rzuciłam gorzko do telefonu.
Spadaj!
Schowałam telefon do kieszeni.
Na zewnątrz stało wielu ludzi i dopiero po chwili rozglądania się jak kretynka, dostrzegłam mężczyznę w skórzanej kurtce. Podeszłam do niego niepewnie. Kiedy kaszlnięciem dałam o sobie znać, facet odwrócił się w moją stronę.
-Angel?- zapytał obcy z nutą niepewności w głosie.
- Tak. Ty jesteś John?- rzuciłam niedbale, otaksowując jego twarz; szukając jakiegokolwiek podobieństwa. Miałam głębokie nadzieje, że niczego nie znajdę, ale jak niemal zawsze się myliłam. Kształt nosa i kolor oczu odziedziczyłam po nim...
- Zgadza się. Miło mi cię poznać- wyciągnął do mnie rękę. Widać liczył na to, że rzucę mu się w ramiona, albo dam dotknąć. Dobre sobie!
Zignorowałam go.
Mężczyzna cofnął rękę, nieco zdziwiony moją nieuprzejmością.
-Wziąć twoje bagaże?- Nareszcie przerwał to krępujące milczenie.
- Gdzie samochód?- zrewanżowałam się równie bezsensownym pytaniem.
- Chodź. - Westchnął najwyraźniej zrezygnowany i pokierował mnie na parking przy lotnisku.
Zatrzymaliśmy się przed Nissanem Navara. Bez namysłu zajęłam miejsce pasażera, czekają aż John wreszcie wepchnie moje walizki na tylne siedzenie auta.
Kiedy wsiadł od razu odpalił silnik i wycofał. Nie odzywałam się. Chyba nie miałam ku temu powodów.
Podróż była albo bardzo długa, albo tylko mnie się taką wydawała. Kiedy minęliśmy tabliczkę z nazwą Hamilton, John rzucił bezprecedensowe "Za chwilę będziemy na miejscu".
Zatrzymaliśmy się po następnych dziesięciu minutach. Wysiadłam, spoglądając na drewniany dom wybudowany pomiędzy zalesionymi dolinami. Daleko za nim rysowały się wysokie wzgórza.
-Witaj w posiadłości Stevensonów.- głos Johna zdawał mi się ociekać dumą. - Idziesz?
- Ta... - bąknęłam nie zaszczycając go choćby krótkim spojrzeniem. Otworzyłam tylne drzwi navary, by wyjąć swoje walizki.
- Potem ci je przyniosę. - powiedział mój domniemany ojciec, kładąc mi rękę na ramieniu - Chodź. Przywitasz się z moją rodziną.
- Ty masz rodzinę?- Byłam zdziwiona i nie mogłam odpuścić tego pytania. Dopiero potem uświadomiłam sobie jak dziwnie to zabrzmiało - Przepraszam.
- Nic się nie stało. Po prostu nie wiedziałaś. To oczywiste- zachowywał powagę, lecz jego rozbawienie moją wypowiedzią zdradzał delikatny uśmiech, igrający między kącikami ust. - Mam żonę i dwójkę dzieci. Zaraz ich poznasz.
Przeszliśmy mały kawałek w stronę domu. Kiedy stanęłam przed drzwiami, cała moja odwaga, nagle się ulotniła. Cofnęłam się nerwowo o krok, spoglądając na Johna.
On nie miał problemu, od razu mnie wyminął i wpakował się do środka. Nieśmiało podążyłam za nim, przekraczając następny próg, w następnym kiepskim rozdziale życia.
- Poczekaj tu chwilę. - Rzucił John, wystawiając mi rękę, jakbym była psem, lub dzieckiem chcącym przejść przez pasy. Też coś.
- Dobra - rzuciłam nerwowo posłusznie zatrzymując się w holu. Mój ojciec zniknął za najbliższymi drzwiami, pozostawiając mnie samą na te parę chwil, w których mogłam spokojnie przyjrzeć się wnętrzu.
Oprócz garderoby całej rodziny, powywieszanej na haczykach wmontowanych w ścianę, wisiał na niej obraz przedstawiający zachodzące słonce w górach. Obok niego przymocowano jeszcze kilka zdjęć. Nachyliłam się nieco, by przyjrzeć im się lepiej, ale do holu powrócił John w towarzystwie trzech osób.
Ładna kobieta o miodowych lokach i spojrzeniu jelonka Bambi stanęła obok mojego ojca. Była wysoka i nie miała problemów z nadwagą. Trochę jak stereotypowa matka z amerykańskich telenoweli.
Przed nią stanęło rodzeństwo; chłopiec o bujnej czuprynie w kolorze włosów matki i drobna, mała dziewczynka w brązowych włosach z promiennym uśmiechem na twarzy. Na upartego, można by ją przyrównać do mnie z młodzieńczych lat.
- Cześć Angel. Miło mi cię poznać. Jestem Caroline - kobieta wyciągnęła do mnie rękę, a ja niepewnie ją uścisnęłam. Praktycznie nigdy, nie podaję ręki obcym mi ludziom.
Wiem to dziwne, ale już tak mam.
Caroline roztaczała wokół siebie przyjemną aurę, która wspomogła mnie w decyzji: podać rękę, czy też nie.
- Cześć! - wyrwał się chłopiec stojący centralnie przede mną - Jestem Nick! A to moja siostra Kate... -uśmiechnął się do mnie, podczas gdy mała dziewczynka zmrużyła dziko niebieskie oczka.
- Sama umiem się przedstawić Nick! - syknęła do brata, rumieniąc się kiedy na nią spojrzałam.
- No dobrze dzieciaki! -Caroline spojrzała troskliwie na rodzeństwo - Śmigajcie umyć ręce, zaraz siadamy do obiadu. - Posyłając mi jeszcze jeden uśmiech znikła za kuchennym rogiem.
- Pokażę ci twoją sypialnię - odezwał się John, kiedy zostaliśmy tak jakby sami.
Kiwnęłam głową idąc za mężczyzną na pierwsze piętro.
Stanęłam przed drzwiami, które wskazał mi John. Wzięłam głęboki oddech i naciskając klamkę, weszłam do środka.
Pomalowany na fioletowo pokój, średniej wielkości, wyposażony w dębowe meble dziwnie dopasowane do koloru ścian.
- Podoba ci się?- zapytał ojciec - Caroline pomagała mi go urządzić. Jest dekoratorką wnętrz. Jeśli ci się nie podoba to możemy go przemalować...
-Nie. Jest świetny - uśmiechnęłam się szczerze chyba po raz pierwszy odkąd tu przyjechałam.
- To dobrze. Tu masz łazienkę. - wskazał zamknięte białe drzwi wpasowane w jedną ze ścian. - Za chwilę przyniosę twoje bagaże. - I wyszedł delikatnie zamykając za sobą drzwi
Przez chwilę jeszcze stałam, rozglądając się i próbując ogarnąć to wszystko. Usiadłam wreszcie na dwuosobowym łóżku, ciężko przy tym wzdychając.
Jakoś nie mogłam usiedzieć w jednym miejscu. Wstałam i z ciekawości zaglądnęłam do łazienki.
Cała niebieska. Carolina ma gust, ale chyba za dobrze nie umie dobierać kolorów. Te barwy mogą doprowadzić do oczopląsu!
Kiedy John przywlekł na górę moje walizki, rozpakowałam ich część, by móc wziąć prysznic.
Siedziałam pod nim chyba z piętnaście minut, zastanawiając się i analizując wszystkie wydarzenia tych kilku paskudnych dni.
Wyszłam z łazienki, przecierając włosy ręcznikiem, kiedy w drzwiach pojawili się Nick i Kate.
- Obiad! - Krzyknęli razem z rozbrajającymi uśmiechami.
- Zaraz zejdę - Nawet ja musiałam się na ten słodki widok uśmiechnąć. Zachowywali się jak stu procentowe bliźniaki.
Znikli za drzwiami zostawiając mnie znów samą.
Zeszłam na dół, dopiero po wysuszeniu włosów i zrobieniu lekkiego makijażu.
Podążałam korytarzem, starając się wsłuchać w rozmowy prowadzone na dole. Wszyscy się śmiali.
Weszłam do jadalni. Caroline nakładała Nickowi ziemniaczki, a John prowadził żywą rozmowę z Kate.
- Nareszcie. Nick zaraz sam wsunie cały garnek! - John uśmiechnął się i wskazał na wolne miejsce obok Caroline.- Siadaj
Usiadłam we wskazanym miejscu. Nałożyłam sobie puree z ziemniaków i trochę sałatki warzywnej. Naprzeciwko mnie wisiał obraz, przedstawiający martwą naturę. Podobał mi się...I chyba wiedziałam czyjego jest pędzla.
- Kto go namalował? - zapytałam wskazując pejzaż i uważnie przyglądając się ojcu.
Przerwał rozmowę z małą Kate, a na jego twarzy pojawiło się napięcie
- Twoja mama.
Tak też myślałam.
- Rozumiem - W mojej głowie rozpętała się wojna -Pamiętasz ją?
- Tak. Była...niesamowita. - Tylko tyle?
To chyba jakiś żart. On przecież wcale jej nie znał.
- Dlaczego nas zatem opuściłeś, skoro była taka niesamowita? - Spojrzałam na niego wyczekująco
- To nie czas i miejsce na poruszanie takich tematów, Angel.- John chyba lekko się zirytował. Usta zacisnął w wąska kreskę.
- Nigdy nie zadzwoniłeś, ani nie przyjechałeś, aby dowiedzieć się jak sobie radzimy. Nic. Nigdy się nami nie zainteresowałeś. Nie wiedziałeś, że mama ledwo wiązała koniec z końcem, że przez ciebie płakała każdego wieczoru... - Mój gniew też rósł...Karmiłam go wszystkim tym, co tak we mnie narastało. - To wszystko twoja wina! - To było apogeum. Kiedy krzyknęłam, rzucając sztućcami.
Kate i Nick spojrzeli na mnie jak szczeniaki, które ktoś klapną w tyłek.
- Angel - zagrzmiał John.
Patrzyłam na niego z nienawiścią, odwdzięczając się za gniew, jaki dostrzegałam w jego oczach. Odsunęłam krzesło i już bez słowa wyszłam z jadalni.
Nie wiem co skłoniło mnie do tego, bym wyszła z tego domu.
Wiem, że biegłam wprost przed siebie, a łzy utrudniały mi widoczność.
Zatrzymał mnie dopiero bolesny upadek, spowodowany odbiciem się od czyjejś piersi.
- Szlag! - warknęłam.
Wysiadłam w Helena, stolicy stanu Montana. Zabrałam swoje walizki i skierowałam się w stronę drzwi wyjściowych, kiedy zadzwonił mój telefon. To był John. Po chwili wahania nacisnęłam zieloną słuchawkę.
- Jesteś już w Montanie?
- Tak, właśnie wychodzę z lotniska. Gdzie jesteś?- przystanęłam na środku holu
- To świetnie. Na zewnątrz. Stoję w brązowej, skórzanej kurtce. - John nie krył się z zadowoleniem i szybko się rozłączył nie dając mi dojść do słowa.
- Do zobaczenia- rzuciłam gorzko do telefonu.
Spadaj!
Schowałam telefon do kieszeni.
Spadaj!
Schowałam telefon do kieszeni.
Na zewnątrz stało wielu ludzi i dopiero po chwili rozglądania się jak kretynka, dostrzegłam mężczyznę w skórzanej kurtce. Podeszłam do niego niepewnie. Kiedy kaszlnięciem dałam o sobie znać, facet odwrócił się w moją stronę.
-Angel?- zapytał obcy z nutą niepewności w głosie.
- Tak. Ty jesteś John?- rzuciłam niedbale, otaksowując jego twarz; szukając jakiegokolwiek podobieństwa. Miałam głębokie nadzieje, że niczego nie znajdę, ale jak niemal zawsze się myliłam. Kształt nosa i kolor oczu odziedziczyłam po nim...
- Zgadza się. Miło mi cię poznać- wyciągnął do mnie rękę. Widać liczył na to, że rzucę mu się w ramiona, albo dam dotknąć. Dobre sobie!
Zignorowałam go.
Zignorowałam go.
Mężczyzna cofnął rękę, nieco zdziwiony moją nieuprzejmością.
-Wziąć twoje bagaże?- Nareszcie przerwał to krępujące milczenie.
- Gdzie samochód?- zrewanżowałam się równie bezsensownym pytaniem.
- Chodź. - Westchnął najwyraźniej zrezygnowany i pokierował mnie na parking przy lotnisku.
Zatrzymaliśmy się przed Nissanem Navara. Bez namysłu zajęłam miejsce pasażera, czekają aż John wreszcie wepchnie moje walizki na tylne siedzenie auta.
Kiedy wsiadł od razu odpalił silnik i wycofał. Nie odzywałam się. Chyba nie miałam ku temu powodów.
Podróż była albo bardzo długa, albo tylko mnie się taką wydawała. Kiedy minęliśmy tabliczkę z nazwą Hamilton, John rzucił bezprecedensowe "Za chwilę będziemy na miejscu".
Zatrzymaliśmy się po następnych dziesięciu minutach. Wysiadłam, spoglądając na drewniany dom wybudowany pomiędzy zalesionymi dolinami. Daleko za nim rysowały się wysokie wzgórza.
-Witaj w posiadłości Stevensonów.- głos Johna zdawał mi się ociekać dumą. - Idziesz?
- Ta... - bąknęłam nie zaszczycając go choćby krótkim spojrzeniem. Otworzyłam tylne drzwi navary, by wyjąć swoje walizki.
- Potem ci je przyniosę. - powiedział mój domniemany ojciec, kładąc mi rękę na ramieniu - Chodź. Przywitasz się z moją rodziną.
- Ty masz rodzinę?- Byłam zdziwiona i nie mogłam odpuścić tego pytania. Dopiero potem uświadomiłam sobie jak dziwnie to zabrzmiało - Przepraszam.
- Nic się nie stało. Po prostu nie wiedziałaś. To oczywiste- zachowywał powagę, lecz jego rozbawienie moją wypowiedzią zdradzał delikatny uśmiech, igrający między kącikami ust. - Mam żonę i dwójkę dzieci. Zaraz ich poznasz.
Przeszliśmy mały kawałek w stronę domu. Kiedy stanęłam przed drzwiami, cała moja odwaga, nagle się ulotniła. Cofnęłam się nerwowo o krok, spoglądając na Johna.
On nie miał problemu, od razu mnie wyminął i wpakował się do środka. Nieśmiało podążyłam za nim, przekraczając następny próg, w następnym kiepskim rozdziale życia.
- Poczekaj tu chwilę. - Rzucił John, wystawiając mi rękę, jakbym była psem, lub dzieckiem chcącym przejść przez pasy. Też coś.
- Dobra - rzuciłam nerwowo posłusznie zatrzymując się w holu. Mój ojciec zniknął za najbliższymi drzwiami, pozostawiając mnie samą na te parę chwil, w których mogłam spokojnie przyjrzeć się wnętrzu.
Oprócz garderoby całej rodziny, powywieszanej na haczykach wmontowanych w ścianę, wisiał na niej obraz przedstawiający zachodzące słonce w górach. Obok niego przymocowano jeszcze kilka zdjęć. Nachyliłam się nieco, by przyjrzeć im się lepiej, ale do holu powrócił John w towarzystwie trzech osób.
Ładna kobieta o miodowych lokach i spojrzeniu jelonka Bambi stanęła obok mojego ojca. Była wysoka i nie miała problemów z nadwagą. Trochę jak stereotypowa matka z amerykańskich telenoweli.
Przed nią stanęło rodzeństwo; chłopiec o bujnej czuprynie w kolorze włosów matki i drobna, mała dziewczynka w brązowych włosach z promiennym uśmiechem na twarzy. Na upartego, można by ją przyrównać do mnie z młodzieńczych lat.
- Cześć Angel. Miło mi cię poznać. Jestem Caroline - kobieta wyciągnęła do mnie rękę, a ja niepewnie ją uścisnęłam. Praktycznie nigdy, nie podaję ręki obcym mi ludziom.
Wiem to dziwne, ale już tak mam.
Caroline roztaczała wokół siebie przyjemną aurę, która wspomogła mnie w decyzji: podać rękę, czy też nie.
- Cześć! - wyrwał się chłopiec stojący centralnie przede mną - Jestem Nick! A to moja siostra Kate... -uśmiechnął się do mnie, podczas gdy mała dziewczynka zmrużyła dziko niebieskie oczka.
- Sama umiem się przedstawić Nick! - syknęła do brata, rumieniąc się kiedy na nią spojrzałam.
- No dobrze dzieciaki! -Caroline spojrzała troskliwie na rodzeństwo - Śmigajcie umyć ręce, zaraz siadamy do obiadu. - Posyłając mi jeszcze jeden uśmiech znikła za kuchennym rogiem.
- Pokażę ci twoją sypialnię - odezwał się John, kiedy zostaliśmy tak jakby sami.
Kiwnęłam głową idąc za mężczyzną na pierwsze piętro.
Stanęłam przed drzwiami, które wskazał mi John. Wzięłam głęboki oddech i naciskając klamkę, weszłam do środka.
Pomalowany na fioletowo pokój, średniej wielkości, wyposażony w dębowe meble dziwnie dopasowane do koloru ścian.
- Podoba ci się?- zapytał ojciec - Caroline pomagała mi go urządzić. Jest dekoratorką wnętrz. Jeśli ci się nie podoba to możemy go przemalować...
-Nie. Jest świetny - uśmiechnęłam się szczerze chyba po raz pierwszy odkąd tu przyjechałam.
- To dobrze. Tu masz łazienkę. - wskazał zamknięte białe drzwi wpasowane w jedną ze ścian. - Za chwilę przyniosę twoje bagaże. - I wyszedł delikatnie zamykając za sobą drzwi
Przez chwilę jeszcze stałam, rozglądając się i próbując ogarnąć to wszystko. Usiadłam wreszcie na dwuosobowym łóżku, ciężko przy tym wzdychając.
Jakoś nie mogłam usiedzieć w jednym miejscu. Wstałam i z ciekawości zaglądnęłam do łazienki.
Cała niebieska. Carolina ma gust, ale chyba za dobrze nie umie dobierać kolorów. Te barwy mogą doprowadzić do oczopląsu!
Kiedy John przywlekł na górę moje walizki, rozpakowałam ich część, by móc wziąć prysznic.
Siedziałam pod nim chyba z piętnaście minut, zastanawiając się i analizując wszystkie wydarzenia tych kilku paskudnych dni.
Wyszłam z łazienki, przecierając włosy ręcznikiem, kiedy w drzwiach pojawili się Nick i Kate.
- Obiad! - Krzyknęli razem z rozbrajającymi uśmiechami.
- Zaraz zejdę - Nawet ja musiałam się na ten słodki widok uśmiechnąć. Zachowywali się jak stu procentowe bliźniaki.
Znikli za drzwiami zostawiając mnie znów samą.
Zeszłam na dół, dopiero po wysuszeniu włosów i zrobieniu lekkiego makijażu.
Podążałam korytarzem, starając się wsłuchać w rozmowy prowadzone na dole. Wszyscy się śmiali.
Weszłam do jadalni. Caroline nakładała Nickowi ziemniaczki, a John prowadził żywą rozmowę z Kate.
- Nareszcie. Nick zaraz sam wsunie cały garnek! - John uśmiechnął się i wskazał na wolne miejsce obok Caroline.- Siadaj
Usiadłam we wskazanym miejscu. Nałożyłam sobie puree z ziemniaków i trochę sałatki warzywnej. Naprzeciwko mnie wisiał obraz, przedstawiający martwą naturę. Podobał mi się...I chyba wiedziałam czyjego jest pędzla.
- Kto go namalował? - zapytałam wskazując pejzaż i uważnie przyglądając się ojcu.
Przerwał rozmowę z małą Kate, a na jego twarzy pojawiło się napięcie
- Twoja mama.
Tak też myślałam.
- Rozumiem - W mojej głowie rozpętała się wojna -Pamiętasz ją?
- Tak. Była...niesamowita. - Tylko tyle?
To chyba jakiś żart. On przecież wcale jej nie znał.
- Dlaczego nas zatem opuściłeś, skoro była taka niesamowita? - Spojrzałam na niego wyczekująco
- To nie czas i miejsce na poruszanie takich tematów, Angel.- John chyba lekko się zirytował. Usta zacisnął w wąska kreskę.
- Nigdy nie zadzwoniłeś, ani nie przyjechałeś, aby dowiedzieć się jak sobie radzimy. Nic. Nigdy się nami nie zainteresowałeś. Nie wiedziałeś, że mama ledwo wiązała koniec z końcem, że przez ciebie płakała każdego wieczoru... - Mój gniew też rósł...Karmiłam go wszystkim tym, co tak we mnie narastało. - To wszystko twoja wina! - To było apogeum. Kiedy krzyknęłam, rzucając sztućcami.
Kate i Nick spojrzeli na mnie jak szczeniaki, które ktoś klapną w tyłek.
- Angel - zagrzmiał John.
Patrzyłam na niego z nienawiścią, odwdzięczając się za gniew, jaki dostrzegałam w jego oczach. Odsunęłam krzesło i już bez słowa wyszłam z jadalni.
Nie wiem co skłoniło mnie do tego, bym wyszła z tego domu.
Wiem, że biegłam wprost przed siebie, a łzy utrudniały mi widoczność.
Zatrzymał mnie dopiero bolesny upadek, spowodowany odbiciem się od czyjejś piersi.
- Szlag! - warknęłam.
______________________________________
Jak dawno mnie nie było.
Ok. Rozdział 4, proszę o szczere komenty :D
niedziela, 1 grudnia 2013
Rozdział 3
Początek nowego życia...
Obudziłam się o szóstej rano. Świetnie, że budzik nie zadzwonił o tej godzinie, na którą go nastawiłam. Złośliwość rzeczy martwych.
Zwlokłam się z łóżka i pobiegłam do łazienki. Jeszcze z nieco przymglonym wzrokiem, wtarabaniłam się do kabiny prysznicowej, odkręcając kurek z zimną wodą. Wstrząs termiczny pobudził moje komórki i pozbawił mnie nieprzyjemnego uczucia niewyspania.
Kiedy wyszłam z kabiny, dopiero wtedy zorientowałam się, że zapomniałam ubrań.
Ja pierdole!
Owinęłam się ręcznikiem i wyszłam z kabiny. Zignorowałam fakt, że kiedy sięgałam po ręcznik, zalałam nieco podłogę. To był błąd. Pośliznęłam się na kafelkach, jeszcze jakiś czas walcząc z grawitacją i za wszelką cenę starając się złapać równowagę. Niestety przegrałam tę nierówną walkę.
Wściekła na swojego pecha, wymaszerowałam z łazienki, masując obolałe pośladki. Stanęłam przed drzwiami szafy i dopiero po dłuższej chwili wyciągnęłam z niej w miarę ładny zestaw ubrań.
Kiedy pozbyłam się swojej nagości, spojrzałam na zegarek wybijający godzinę szóstą dziesięć.
Wow rekord!
Ja pierdole!
Owinęłam się ręcznikiem i wyszłam z kabiny. Zignorowałam fakt, że kiedy sięgałam po ręcznik, zalałam nieco podłogę. To był błąd. Pośliznęłam się na kafelkach, jeszcze jakiś czas walcząc z grawitacją i za wszelką cenę starając się złapać równowagę. Niestety przegrałam tę nierówną walkę.
Wściekła na swojego pecha, wymaszerowałam z łazienki, masując obolałe pośladki. Stanęłam przed drzwiami szafy i dopiero po dłuższej chwili wyciągnęłam z niej w miarę ładny zestaw ubrań.
Kiedy pozbyłam się swojej nagości, spojrzałam na zegarek wybijający godzinę szóstą dziesięć.
Wow rekord!
Zaczęłam wyrzucać z szafy całe stosy ubrań i butów do otwartej walizki, leżącej na moim skotłowanym łóżku. Gdy skończyłam, torba wyglądała jakby zaraz zamek miał nie wytrzymać. Wróciłam się do łazienki, by ogarnąć powódź. Nie chciałam przed wyjazdem słuchać kolejnego narzekania babci.
Złapałam wielką torbę, przewieszając ją sobie przez ramię i zbiegłam po schodach na parter. Przez pośpiech o mało nie zjechałam po nich i tak już posiniaczonym tyłkiem.
Wpakowałam się do kuchni. Na stole już stygły tosty i słaba kawa. Przysiadłam na krześle, łapiąc w rękę jedną z letnich kromek. Starłam się szybko zjeść przygotowane dla mnie śniadanie, a babcia od czasu do czasu rzucała mi rozbawione spojrzenie.
Kiedy najedzona wstałam od stołu, babcia zmierzyła mnie wzrokiem sprawdzając mój ubiór. Najwidoczniej nie zauważyła nic, co postawiło by mnie i ją w jeszcze gorszym świetle i tylko westchnęła.
Wyszłyśmy z domu nie zamieniając z sobą słowa.
Wyszłyśmy z domu nie zamieniając z sobą słowa.
Na podjeździe włożyłam swoje walizki do bagażnika jeep'a i zajęłam miejsce pasażera. Babcia tym czasem spojrzała na nasz dom, zapewne zastanawiając się co będzie robić, gdy wróci.
- Zapnij pasy. - Jej głos stał się szorstki, kiedy się do mnie odezwała.
- Dobra, zapinam. Możesz mnie nie traktować jak dziecko? - Prychnęłam i wykonałam jej polecenie.
Jechałyśmy szybko. Nigdy nie widziałam, żeby moja babcia Ann przekraczała dozwoloną prędkość. Zdecydowanie chciała się mnie pozbyć.
Jechałyśmy szybko. Nigdy nie widziałam, żeby moja babcia Ann przekraczała dozwoloną prędkość. Zdecydowanie chciała się mnie pozbyć.
Na lotnisku byłyśmy już o szóstej czterdzieści pięć. Za kilka minut miałam lot. Po odprawie, zostałam na chwilę zatrzymana, w celu sprawdzenia zgodności dokumentów, a potem poinstruowano mnie co dalej.
- Dobrze, niech pani idzie drugim korytarzem. Widzi pani - kiwnęłam głową, powstrzymując nieprzyjemny chichot. Zawsze bawiło mnie to jak ktoś mówił do mnie per Pani. I tylko dlatego, że jestem nieco wyższa od innych nastolatek.
- Tak. Dobrze. Dziękuje pani bardzo.
- Udanego lotu - Rzuciła za mną recepcjonistka obdarowując mnie uprzejmym uśmiechem.
Stanęłam w kolejce do lotu, niemal czując jak moja babcia wpatrywała się we mnie z pewnej odległości. Nagle na jej wiecznie surowej twarzy pojawił się uśmiech. Zdziwiłam się, bo nigdy się przy mnie nie uśmiechała.
- Będę za tobą tęsknić Angel - Powiedziała nagle, podchodząc do mnie niepewnie i biorąc mnie w swoje nieco zwiotczałe ramiona. Teraz to stałam jak słup soli, bo to już było naprawdę dziwne.
Zawsze niezadowolona ze mnie babcia Ann, pokazała, że jednak się przejmuje.
Zawsze niezadowolona ze mnie babcia Ann, pokazała, że jednak się przejmuje.
- Ja za tobą też - No co jest?! Rozklejałam się powoli. Po moim policzku popłynęło kilka łez. - Będzie mi ciebie brakowało.
W tej przełomowej dla nas obu chwili, jakiś palant z głośników zaczął meldować, że osoby, które lecą do Nowego Jorku mają wsiadać do samolotu.
- To nic. Do widzenia Angel - Babcia otarła łzy i starała się jakoś pozbierać.
- Do widzenia. - Skierowałam się w stronę holu prowadzącego na płytę lotniska. Odwróciłam się raz jeszcze. Posłałam babci Ann szczery uśmiech i przyjrzałam się, by wyryć w pamięci jej obraz.
Weszłam na pokład samolotu. Swoje kroki skierowałam w stronę klasy ekonomicznej. Usiadłam przy oknie.
Chwilę później podeszła do mnie stewardesa uprzejmie prosząc, bym zapięła pas. Życzyła mi udanego lotu znikając za drzwiami następnej kabiny.
Chwilę później podeszła do mnie stewardesa uprzejmie prosząc, bym zapięła pas. Życzyła mi udanego lotu znikając za drzwiami następnej kabiny.
Lot przebiegał bez problemów. Siedziałam sama. Żadnych starszych osób, które chciałyby wszystko o tobie wiedzieć, czy zwyrodniałych dzieci, kopiących twój fotel, a w najgorszym przypadku ciebie. Spokój.
Znużona drogą bez końca, oparłam się czołem o szybę samolotu i zasnęłam. Obudził mnie dopiero nachalny głos stewardesy o sztucznym jak jej cycki uśmiechu.
- Wszystko w porządku? Przepraszam, że panią budzę, ale bardzo głośno pani krzyczała. Wolałam upewnić się, że wszystko w porządku. - Zaskoczona rozejrzałam się dookoła. Wszyscy pasażerowie się na mnie patrzyli. Czułam się przez to skrępowana. Trochę jak dzikie zwierzę, zamknięte w klatce.
Dziwne, nie pamiętałam co mi się śniło.
Dziwne, nie pamiętałam co mi się śniło.
- Tak. Dziękuję i przepraszam.- uśmiechnęłam się do kobiety.
Stewardesa wyprostowała się i po chwili udała się na mini obchód wszystkich foteli.
Na płycie nowojorskiego lotniska, stanęłam równo o pierwszej w południe. Teraz musiałam jedynie poczekać na przesiadkę do Montany, który odbędzie się dopiero za godzinę. Jeśli wierzyć terminarzom.
Zabrałam swoją torbę z luku bagażowego i skierowałam się do poczekalni. Usiadłam na skórzanym fotelu, widząc dookoła siebie ludzi w różnym wieku i różnej narodowości, czekających tak jak ja, na swój lot. Obok mnie leżała gazeta. Zabrałam ją i z nudów zaczęłam czytać.
- Ciekawa lektura? - opuściłam gazetę na kolana, by spojrzeć na osobę, która przerwała mi czytanie. Był nią wysoki, dobrze zbudowany chłopak o ciemnych włosach.- Mogę usiąść? - podniósł brwi, uśmiechając się do mnie promiennie.
- Jasne, a jak chcesz to sam sprawdź czy ciekawa... - zamknęłam i złożyłam gazetę, podając mu ją.
- Gdzie lecisz? - zapytał biorąc ode mnie gazetę.
- Do Montany.
- Ja do Portland - spojrzała na mnie - To co pogadamy o gazetce?
Rozmawialiśmy długo, a skończyło się na tym, że wymieniliśmy się z Jasonem Twitter'ami. Pożegnałam się z chłopakiem, kiedy zawołano pasażerów mojego lotu.
Wsiadłam do samolotu lecącego do Montany i ku mojemu nowemu życiu.
piątek, 8 listopada 2013
Rozdział 2
Z kłopotów w kłopoty...
Rano obudziły mnie głośne okrzyki dochodzące z kuchni. Wyszłam z pokoju i ostrożnie zeszłam po schodach, aby sprawdzić co się stało.
Skierowałam się na korytarz skręcając w prawo, tak jak idzie się do małej przestrzeni gastronomicznej w tym domu. Oparłam się o stary kredens, zaczynając wsłuchiwać się w lament babci Ann:
-Posłuchaj mnie John. Czy to ci się podoba, czy nie, masz ją stąd zabrać. Ja już dłużej nie chce jej utrzymywać! - Chwila przerwy. - Nie wiesz co zrobić? Załatw jej bilet na samolot, jeśli sam nie możesz przylecieć!- głos mojej babci był podniesiony ale stanowczy. Każde jej słowo przeszywało mnie na wskroś. Od razu domyśliłam się, z kim i o czym właśnie rozmawia.
Z moim domniemanym ojcem o przeprowadzce - a raczej pozbyciu się mnie. Myślałam, że to nie na serio, że to z wściekłości jaka ja wtedy ogarnęła. Jednak pozory mylą. A niech to szlag!
Po cichu wróciłam do pokoju, zgarnęłam kosmetyczkę i świeże ubranie, po czym zamknęłam się w łazience. Wzięłam długi, ciepły prysznic; właśnie tego potrzebowałam, by przywrócić sobie jasność myślenia.
Ubrałam się do szkoły i zeszłam na dół. Babci już nie było. Zostawiła mi za to kartkę. Musiała coś załatwić, a ja miałam pamiętać, by po wyjściu do szkoły zamknąć dom.
Nawet nie miałam okazji zamienić z nią słowa.
Lekcje w szkole mijały bardzo wolno. Miałam wrażenie jakby ktoś specjalnie przedłużył ich czas. Kiedy nadszedł wf - lekcja, której najbardziej nienawidziłam, bo za co? Za nauczyciela na pewno nie!
Wydawało mi się, że pani Smith specjalnie się na mnie uwzięła. Za jej pierwszą lekcję, na którą przyszłam długo po dzwonku. Aż do dziś czuję na sobie piętno tamtego spóźnienia...
Grupa dziewczyn, w tym oczywiście i ja, weszła na salę gimnastyczną. Oślepiło nas światło, które przedostawało się przez duże okna w ścianach hali.
- No dobra dziewczyny. Dziś pogramy w nogę. Jenkins i Morgan wybieracie drużyny - Trenerka usadziła, zbyt zgrabną jak na mój gust, pupę na ławce z boku sali i zaczęła powoli wypełniać dane w dzienniku.
Jedną z kapitanów drużyny była Marie-Ann. ,,Panna fałszywa ździra'', jeśli chodzi o moje zdanie na jej temat. Wybierała sobie drużynę, od czasu do czasu rzucając mi jadowite spojrzenie. Ciekawe, że dopiero teraz zauważyłam ten śliski odbłysk w jej tęczówkach. Wzdrygnęłam się.
Ona po prostu prosiła się o nowego siniaka...
Trafiłam do drużyny Jenkins. Mecz rozegrał się na dobre, już po gwizdku startowym. Często podawałam piłkę, ponieważ nie jestem dobra w ataku. Wolałam grać na obronie, albo po prostu patrzeć jak piłka turla się po deskach jak najdalej ode mnie.
Kiedy remisowałyśmy trzynaście do trzynastu, weszłam na boisko po krótkiej przerwie. W pewnym momencie miałam okazję strzelić bramkę, lecz zostałam sfaulowana przez Marie-Ann. Zamiast przeprosić, jak przystało w zasadach fair play, ona tylko popatrzyła na mnie kpiąco i zarzuciła swoimi przeklętymi kłakami.
Podniosłam się z parkietu klnąc cicho pod nosem. Zdenerwowałam się, przez co gra skupiła całą moją dotychczasową uwagę.
Piłkę przejęła drużyna Morgan. Kapitan drużyny zmierzała właśnie do naszej bramki. Próbowała mnie wykiwać, ale przejrzałam ją i nie dałam się zwieść. Popchnęła mnie. Przed bliższym poznaniem podłogi, machnęłam nogą podcinając Marie-Ann. Dziewczyna wstała szybko i otrzepała spodenki, jakby były co najmniej w kurzu. Uśmiechała się fałszywie.
- Może pomóc nieudolnej Angel...Potrzebujesz pomocy, prawda?- Zapytała tonem przepełnionym przekłamaną troską. -No co? Nic ci się nie udaje. Chłopak cię zdradził. Nasza "przyjaźń" - wykonała w powietrzu cudzysłów - okazała się mylna. Teraz robisz z siebie pośmiewisko- zaśmiała się a jej włosy podskoczyły wesoło.
W tej chwili nie wytrzymałam. Rzuciłam się na Marie-Ann i obie wylądowałyśmy z hukiem na podłodze sali gimnastycznej. Raz jedna raz druga dostawała w twarz.
Widząc tę walkę, trenerka od razu zainterweniowała. Próbowała nas rozdzielić z pomocą innej uczennicy. Kiedy w końcu nas od siebie odseparowano, nawet nauczycielka nie uniknęła paru zadrapań.
- Macie natychmiast iść do dyrektorki! Natychmiast!- zmęczona i czerwona ze złości nauczycielka, wrzasnęła na naszą dwójkę, gestykulując przy tym zawzięcie.
W drodze do gabinetu pani dyrektor, od czasu do czasu jedna spoglądała na drugą. Zastanawiałam się, co właśnie się stało?
Kiedy zjawiłyśmy się w gabinecie pani Random, kobieta tylko westchneła odkładając słuchawkę telefonu stacjonarnego. Już wiedziała wszystko. Z naszych twarzy w sumie też można było się wielu rzeczy domyślić.
- Co ja mam z wami zrobić?- odezwała się po chwili wpatrzona w ekran monitora komputerowego.- Chyba uwagi do rodziców to za mało. Przecież byłyście bardzo dobrymi uczennicami, które nie sprawiały żadnych problemów - popatrzyła na nas, przepełniona troską, której od dłuższego czasu nie mogę znieść. - A więc, która zaczęła?- Kobieta wyprostowała się na krześle i z kamienna miną wypatrywała czegoś w naszych twarzach.
Jak szybko zmieniają się ludzkie uczucia...
- To ona zaczęła - Wyparowała od razu Marie-Ann, wskazując na mnie palcem. Sama zaś przybrała minę niewiniątka.
- To Morgan pierwsza mnie uderzyła! -odparowałam zaciskając zęby, by powstrzymać się przed zrobieniem kolejnej głupoty, która właśnie mi przyszła do głowy.
- No dobra. Któraś jest winna. Nie będę dociekać która. Panno Morgan zostanie pani ukarana miesięcznym aresztem i do tego wypracowaniem na osiem kartek formatu A4. Temat to poprawnym zachowaniu uczniów podczas zajęć lekcyjnych. A pani, panno Stevenson...- westchnęła - z panią muszę porozmawiać.
- Dziękuję pani bardzo. - Marie-Ann uśmiechnęła się szeroko, spojrzeniem przepraszając za złe zachowanie- Naprawdę...
- Tylko, żebym już pani tu nigdy nie spotkała - dyrektorka obdarzyła moją byłą przyjaciółkę surowym spojrzeniem, kiedy ta wyszła za drzwi gabinetu.
Kiedy drzwi się zamknęły znów spojrzała na mnie.
- Co ja mam z Tobą zrobić Angel? - Spytała z dezaprobatą.
Nasza rozmowa była bardzo długa. Skończyło się na tym, że mimo najlepszych chęci pani dyrektor, zostałam wydalona ze szkoły. Jak stwierdziła: Nie ma co liczyć na moją poprawę.
Wróciłam do domu. Usiadłam w salonie na wygodnej kanapie i przeglądałam kanały w telewizji, nawet nie myląc jak zareaguje babcia, kiedy dowie się o wydaleniu.
Oglądając film naukowy na kanale BBC, zasnęłam. Obudził mnie dopiero dźwięk otwieranego zamka.
Do domu weszła babcia Ann. Miała surowy wyraz twarzy. Zapewne dowiedziała się o moim incydencie w szkole. Weszła do salonu, wyłączyła telewizor i zmierzyła mnie wzrokiem zabójcy.
- Dobre zakończenie nauki w tej szkole. Nie ma co!- Na więcej się nie siliła. Zniknęła w kuchni wraz z torbami zakupów.
Wieczorem zadzwonił telefon. Z racji tego, że byłam najbliżej niego, odebrałam. Po drugiej stronie usłyszałam męski głos. Przyjemnie niski.
- Halo. Ann?
- Nie. Angel Stevenson. Kto mówi?- odpowiedziałam automatycznie.
- Tu John. Twój ehm...ojciec - Zatkało mnie. Nic nie mogłam z siebie wykrztusić. Dosłyszałam się w jego słowach obcego akcentu. Głos mojego ojca. Tatusia, którego nie znałam
- Angel...Twój bilet lotniczy jest gotowy, mogłabyś przekazać babci, że...
- Co? - Przerwałam mu. Nadal nie mogłam dojść do siebie. - Kiedy?- Oprzytomniałam po chwili.
- W piątek o 6:45 z lotniska Heathrow w Londynie. To do zobaczenia.
- Ta, do zobaczenia - Odłożyłam słuchawkę, kręcąc głową z niedowierzaniem. Poszłam do swojego pokoju.
Rozmawiałam z moim ojcem. Nie mogę w to uwierzyć. Co teraz będzie?
Skierowałam się na korytarz skręcając w prawo, tak jak idzie się do małej przestrzeni gastronomicznej w tym domu. Oparłam się o stary kredens, zaczynając wsłuchiwać się w lament babci Ann:
-Posłuchaj mnie John. Czy to ci się podoba, czy nie, masz ją stąd zabrać. Ja już dłużej nie chce jej utrzymywać! - Chwila przerwy. - Nie wiesz co zrobić? Załatw jej bilet na samolot, jeśli sam nie możesz przylecieć!- głos mojej babci był podniesiony ale stanowczy. Każde jej słowo przeszywało mnie na wskroś. Od razu domyśliłam się, z kim i o czym właśnie rozmawia.
Z moim domniemanym ojcem o przeprowadzce - a raczej pozbyciu się mnie. Myślałam, że to nie na serio, że to z wściekłości jaka ja wtedy ogarnęła. Jednak pozory mylą. A niech to szlag!
Po cichu wróciłam do pokoju, zgarnęłam kosmetyczkę i świeże ubranie, po czym zamknęłam się w łazience. Wzięłam długi, ciepły prysznic; właśnie tego potrzebowałam, by przywrócić sobie jasność myślenia.
Ubrałam się do szkoły i zeszłam na dół. Babci już nie było. Zostawiła mi za to kartkę. Musiała coś załatwić, a ja miałam pamiętać, by po wyjściu do szkoły zamknąć dom.
Nawet nie miałam okazji zamienić z nią słowa.
Lekcje w szkole mijały bardzo wolno. Miałam wrażenie jakby ktoś specjalnie przedłużył ich czas. Kiedy nadszedł wf - lekcja, której najbardziej nienawidziłam, bo za co? Za nauczyciela na pewno nie!
Wydawało mi się, że pani Smith specjalnie się na mnie uwzięła. Za jej pierwszą lekcję, na którą przyszłam długo po dzwonku. Aż do dziś czuję na sobie piętno tamtego spóźnienia...
Grupa dziewczyn, w tym oczywiście i ja, weszła na salę gimnastyczną. Oślepiło nas światło, które przedostawało się przez duże okna w ścianach hali.
- No dobra dziewczyny. Dziś pogramy w nogę. Jenkins i Morgan wybieracie drużyny - Trenerka usadziła, zbyt zgrabną jak na mój gust, pupę na ławce z boku sali i zaczęła powoli wypełniać dane w dzienniku.
Jedną z kapitanów drużyny była Marie-Ann. ,,Panna fałszywa ździra'', jeśli chodzi o moje zdanie na jej temat. Wybierała sobie drużynę, od czasu do czasu rzucając mi jadowite spojrzenie. Ciekawe, że dopiero teraz zauważyłam ten śliski odbłysk w jej tęczówkach. Wzdrygnęłam się.
Ona po prostu prosiła się o nowego siniaka...
Trafiłam do drużyny Jenkins. Mecz rozegrał się na dobre, już po gwizdku startowym. Często podawałam piłkę, ponieważ nie jestem dobra w ataku. Wolałam grać na obronie, albo po prostu patrzeć jak piłka turla się po deskach jak najdalej ode mnie.
Kiedy remisowałyśmy trzynaście do trzynastu, weszłam na boisko po krótkiej przerwie. W pewnym momencie miałam okazję strzelić bramkę, lecz zostałam sfaulowana przez Marie-Ann. Zamiast przeprosić, jak przystało w zasadach fair play, ona tylko popatrzyła na mnie kpiąco i zarzuciła swoimi przeklętymi kłakami.
Podniosłam się z parkietu klnąc cicho pod nosem. Zdenerwowałam się, przez co gra skupiła całą moją dotychczasową uwagę.
Piłkę przejęła drużyna Morgan. Kapitan drużyny zmierzała właśnie do naszej bramki. Próbowała mnie wykiwać, ale przejrzałam ją i nie dałam się zwieść. Popchnęła mnie. Przed bliższym poznaniem podłogi, machnęłam nogą podcinając Marie-Ann. Dziewczyna wstała szybko i otrzepała spodenki, jakby były co najmniej w kurzu. Uśmiechała się fałszywie.
- Może pomóc nieudolnej Angel...Potrzebujesz pomocy, prawda?- Zapytała tonem przepełnionym przekłamaną troską. -No co? Nic ci się nie udaje. Chłopak cię zdradził. Nasza "przyjaźń" - wykonała w powietrzu cudzysłów - okazała się mylna. Teraz robisz z siebie pośmiewisko- zaśmiała się a jej włosy podskoczyły wesoło.
W tej chwili nie wytrzymałam. Rzuciłam się na Marie-Ann i obie wylądowałyśmy z hukiem na podłodze sali gimnastycznej. Raz jedna raz druga dostawała w twarz.
Widząc tę walkę, trenerka od razu zainterweniowała. Próbowała nas rozdzielić z pomocą innej uczennicy. Kiedy w końcu nas od siebie odseparowano, nawet nauczycielka nie uniknęła paru zadrapań.
- Macie natychmiast iść do dyrektorki! Natychmiast!- zmęczona i czerwona ze złości nauczycielka, wrzasnęła na naszą dwójkę, gestykulując przy tym zawzięcie.
W drodze do gabinetu pani dyrektor, od czasu do czasu jedna spoglądała na drugą. Zastanawiałam się, co właśnie się stało?
Kiedy zjawiłyśmy się w gabinecie pani Random, kobieta tylko westchneła odkładając słuchawkę telefonu stacjonarnego. Już wiedziała wszystko. Z naszych twarzy w sumie też można było się wielu rzeczy domyślić.
- Co ja mam z wami zrobić?- odezwała się po chwili wpatrzona w ekran monitora komputerowego.- Chyba uwagi do rodziców to za mało. Przecież byłyście bardzo dobrymi uczennicami, które nie sprawiały żadnych problemów - popatrzyła na nas, przepełniona troską, której od dłuższego czasu nie mogę znieść. - A więc, która zaczęła?- Kobieta wyprostowała się na krześle i z kamienna miną wypatrywała czegoś w naszych twarzach.
Jak szybko zmieniają się ludzkie uczucia...
- To ona zaczęła - Wyparowała od razu Marie-Ann, wskazując na mnie palcem. Sama zaś przybrała minę niewiniątka.
- To Morgan pierwsza mnie uderzyła! -odparowałam zaciskając zęby, by powstrzymać się przed zrobieniem kolejnej głupoty, która właśnie mi przyszła do głowy.
- No dobra. Któraś jest winna. Nie będę dociekać która. Panno Morgan zostanie pani ukarana miesięcznym aresztem i do tego wypracowaniem na osiem kartek formatu A4. Temat to poprawnym zachowaniu uczniów podczas zajęć lekcyjnych. A pani, panno Stevenson...- westchnęła - z panią muszę porozmawiać.
- Dziękuję pani bardzo. - Marie-Ann uśmiechnęła się szeroko, spojrzeniem przepraszając za złe zachowanie- Naprawdę...
- Tylko, żebym już pani tu nigdy nie spotkała - dyrektorka obdarzyła moją byłą przyjaciółkę surowym spojrzeniem, kiedy ta wyszła za drzwi gabinetu.
Kiedy drzwi się zamknęły znów spojrzała na mnie.
- Co ja mam z Tobą zrobić Angel? - Spytała z dezaprobatą.
Nasza rozmowa była bardzo długa. Skończyło się na tym, że mimo najlepszych chęci pani dyrektor, zostałam wydalona ze szkoły. Jak stwierdziła: Nie ma co liczyć na moją poprawę.
Wróciłam do domu. Usiadłam w salonie na wygodnej kanapie i przeglądałam kanały w telewizji, nawet nie myląc jak zareaguje babcia, kiedy dowie się o wydaleniu.
Oglądając film naukowy na kanale BBC, zasnęłam. Obudził mnie dopiero dźwięk otwieranego zamka.
Do domu weszła babcia Ann. Miała surowy wyraz twarzy. Zapewne dowiedziała się o moim incydencie w szkole. Weszła do salonu, wyłączyła telewizor i zmierzyła mnie wzrokiem zabójcy.
- Dobre zakończenie nauki w tej szkole. Nie ma co!- Na więcej się nie siliła. Zniknęła w kuchni wraz z torbami zakupów.
Wieczorem zadzwonił telefon. Z racji tego, że byłam najbliżej niego, odebrałam. Po drugiej stronie usłyszałam męski głos. Przyjemnie niski.
- Halo. Ann?
- Nie. Angel Stevenson. Kto mówi?- odpowiedziałam automatycznie.
- Tu John. Twój ehm...ojciec - Zatkało mnie. Nic nie mogłam z siebie wykrztusić. Dosłyszałam się w jego słowach obcego akcentu. Głos mojego ojca. Tatusia, którego nie znałam
- Angel...Twój bilet lotniczy jest gotowy, mogłabyś przekazać babci, że...
- Co? - Przerwałam mu. Nadal nie mogłam dojść do siebie. - Kiedy?- Oprzytomniałam po chwili.
- W piątek o 6:45 z lotniska Heathrow w Londynie. To do zobaczenia.
- Ta, do zobaczenia - Odłożyłam słuchawkę, kręcąc głową z niedowierzaniem. Poszłam do swojego pokoju.
Rozmawiałam z moim ojcem. Nie mogę w to uwierzyć. Co teraz będzie?
________________________
No to rozdział drugi :)
Zapraszam do czytania.
Dziś bez gifu, bo nie znalazłam odpowiedniego do sytuacji.
Komentujcie!
piątek, 11 października 2013
Rozdział 1
Walący się świat...
Siedziałam w poczekalni ze spuszczoną głową, przejeżdżając palcem po ekranie smartphone'a. Szukałam piosenki, która uspokoiłaby moje skołatane nerwy. Ręka mi zadrżała kiedy wybrałam jedną ze smutniejszych piosenek. Moja babcia właśnie tłumaczyła się policjantom, bo jakieś dwie godziny temu pobiłam chłopaka, który nazwał mnie dziwką.
Miałam mu za to podziękować?
Słuchając muzyki, wszystkie wydarzenia z ostatnich dni przewijały się w mojej głowie.
W zeszły poniedziałek moja mama umarła. Tak, to wtedy pękło mi serce. Miałam tylko ją. Jedyną osobę, którą prawdziwie kochałam.
Bóg jest niesprawiedliwy. Dlaczego to właśnie moja mama musiała mieć raka?
Bóg jest niesprawiedliwy. Dlaczego to właśnie moja mama musiała mieć raka?
A żeby nie było, że moje życie jest zbyt nudne, następnego dnia osoba, którą uważałam za przyjaciółkę, okazała się zdradliwą szmatą... Podobnie z resztą jak chłopak zarzekający się, że mnie kocha. Oboje okazali się najmniej uczciwi wobec mnie. Zastanawiające, że to zwykle bliskie osoby ranią nas najbardziej...
Dowiedziałam się przypadkiem. Weszłam do łazienki i zauważyłam jak się obściskują. Przez chwilę milczałam. Dopiero potem zwróciłam na siebie ich uwagę. Odskoczyli od siebie. Starali mi się to wytłumaczyć. Bredzili o zwykłym przyjacielskim uścisku. Nie słuchałam ich. Wybiegłam z łazienki, a oczy nabiegły mi łzami. To pamiętam aż nazbyt dobrze... W kolejne dni nie wychodziłam z domu. To wszystko przerastało moje siły.
Dowiedziałam się przypadkiem. Weszłam do łazienki i zauważyłam jak się obściskują. Przez chwilę milczałam. Dopiero potem zwróciłam na siebie ich uwagę. Odskoczyli od siebie. Starali mi się to wytłumaczyć. Bredzili o zwykłym przyjacielskim uścisku. Nie słuchałam ich. Wybiegłam z łazienki, a oczy nabiegły mi łzami. To pamiętam aż nazbyt dobrze... W kolejne dni nie wychodziłam z domu. To wszystko przerastało moje siły.
Czemu jeszcze nie popełniłam samobójstwa?
Drogę powrotną do miasteczka pokonałyśmy z babcią w milczeniu. Oprócz neutralnego "Pora wracać'', nie odezwała się do mnie słowem. Żadnego wykładu, oskarżeń, moralizatorskich mów... Nic. Mijałyśmy kolejno domy w Consett, a ja patrząc na kolorowe domy starałam się znieść to ciężkie milczenie.
Kiedy wreszcie skręciłyśmy na Crosswades, a nasz dom wyłonił się z mgły, wysiadłam z jeepa trzaskając mocno drzwiami. Wymuszenie energicznym krokiem pokonałam drogę od samochodu do werandy. Otworzyłam drzwi kluczem przyczepionym do łańcuszka na szyi i weszłam do środka nie czekając na babcię.
Zapach przeszłości...
Babcia przecisnęła się obok mnie w korytarzu i zanim znikła za kuchennym łukiem rzuciła, że za pół godziny będzie kolacja.
Pomaszerowałam do swojego pokoju. Wewnątrz wsiadłam na łóżku bez namysłu spoglądając na pejzaże powywieszane na ścianach. Nieprawdopodobne, że moja mama była ich autorką. Tak bardzo mi jej brakowało.
Kolacja przebiegała w dość napiętej atmosferze. Przynajmniej babcia nie wszczęła awantury, a to trzeba przypisać jej na plus.
Położyłam się spać spoglądając na zdjęcie moje i mamy. Uwieczniona wizyta w Zoo, gdy miałam 5 lat.
Kiedy wreszcie skręciłyśmy na Crosswades, a nasz dom wyłonił się z mgły, wysiadłam z jeepa trzaskając mocno drzwiami. Wymuszenie energicznym krokiem pokonałam drogę od samochodu do werandy. Otworzyłam drzwi kluczem przyczepionym do łańcuszka na szyi i weszłam do środka nie czekając na babcię.
Zapach przeszłości...
Babcia przecisnęła się obok mnie w korytarzu i zanim znikła za kuchennym łukiem rzuciła, że za pół godziny będzie kolacja.
Pomaszerowałam do swojego pokoju. Wewnątrz wsiadłam na łóżku bez namysłu spoglądając na pejzaże powywieszane na ścianach. Nieprawdopodobne, że moja mama była ich autorką. Tak bardzo mi jej brakowało.
Kolacja przebiegała w dość napiętej atmosferze. Przynajmniej babcia nie wszczęła awantury, a to trzeba przypisać jej na plus.
Położyłam się spać spoglądając na zdjęcie moje i mamy. Uwieczniona wizyta w Zoo, gdy miałam 5 lat.
Tęsknie... Tak cholernie tęsknię...
***
Rano obudziły mnie słoneczne promienie, które próbowały przedostać się przez ciężkie żaluzje przysłaniające okno. Zapowiadał się pogodny dzień.
Już wczoraj zdecydowałam się pójść do szkoły, by pokazać innym, że pomimo trudnych chwil, wciąż jestem silna.
Zjadłam grzecznie śniadanie i zgarnęłam kluczyki do wozu babci, nie pytając jej o zgodę. Zdawało mi się, że nie muszę.
Już wczoraj zdecydowałam się pójść do szkoły, by pokazać innym, że pomimo trudnych chwil, wciąż jestem silna.
Zjadłam grzecznie śniadanie i zgarnęłam kluczyki do wozu babci, nie pytając jej o zgodę. Zdawało mi się, że nie muszę.
Pierwsze trzy lekcje ciągnęły się niemiłosiernie, a wszyscy spoglądali na mnie, albo z politowaniem, albo cicho przy tym chichocząc. Na lunch wybrałam się jak najdalej od stołówki. Nie mogłam znieść obecności Marie-Ann i mojego byłego już chłopaka, Shane'a. Usiadłam sama skubiąc w miarę jadalną sałatkę. Zastanawiałam się co dalej.
Po chwili przysiadł się do mnie Nick, chłopak znany z handlu narkotykami ręcznej roboty.
Brunet nonszalancko rozsiadł się na krześle.
- Cześć, mała. Trzymasz się, czy potrzebujesz wspomagaczy? - Starał się uśmiechnąć, a jego przekrwione oczy chyba nawet błysnęły. - Dziś mam tylko zwijacze* -odezwał się po chwili mojego milczenia.
- Jednego - szepnęłam sięgając po sok pomarańczowy - Niedługo wykorkuje.
- Jasne, dla ciebie zawsze coś mam. Funt, po starej znajomości...- Uśmiechnął się szeroko, podsuwając mi towar w delikatny sposób.
- Dzięki - mruknęłam niezbyt optymistycznie i podsunęłam mu kasę. Nick wstał od stolika, znacznie pogodniejszy niż w chwili, gdy do niego zasiadał. Odszedł.
Patrzyłam na bibułkę owijającą dość sporą działkę trawki. Zastanawiałam się co ja właściwie chcę z tym zrobić. Dlaczego to kupiłam... I najważniejsze, gdzie mogłam to spalić?
Szkoła odpadła już na starcie. Jakby mnie złapali to wezwaliby gliny i już nie wywinęłabym się od poprawczaka. Pozostawał dom. Babcia gdzieś się wybierze, jak w każdy poniedziałek. Zawsze chodzi na zakupy.
Tak, tak będzie dobrze.
Tak, tak będzie dobrze.
Reszta lekcji na szczęście minęła dość szybko i nim się obejrzałam wychodziłam z tej przeklętej ,,placówki edukacyjnej''.
Promienie słoneczne biły mnie w twarz ogrzewając ją, podczas szybkiego powrotu do domu.
Weszłam do środka odkładając klucze na haczyk, gdzie miałam zwyczaj je odwieszać. Zawołałam babcie, sprawdzając czy jest w domu. Nic. Tego się spodziewałam. Wspięłam się po schodach na piętro. Wpadłam do byłego pokoju mojej mamy. Włączyłam stereo podkręcając głośność na maksa. Sięgnęłam do plecaka, wyjmując skręta od Nick'a.
Chwilę mu się przyglądałam, zanim jeszcze sięgnęłam po zapalniczkę.
Zaciągnęłam się słodkim dymem.
Tak nagle poczułam się dobrze i bezproblemowo. Wszystko co złe znikło, ustępując miejsca głupkowatemu poczuciu zadowolenia.
Chwilę mu się przyglądałam, zanim jeszcze sięgnęłam po zapalniczkę.
Zaciągnęłam się słodkim dymem.
Tak nagle poczułam się dobrze i bezproblemowo. Wszystko co złe znikło, ustępując miejsca głupkowatemu poczuciu zadowolenia.
Po wypaleniu połowy, oczy zaczęły mnie piec.
Cholera, dawno nie paliłam.
Zaciągnęłam się jeszcze raz i na moje nieszczęście właśnie w tej chwili do pokoju wparowała babcia.
Cholera, dawno nie paliłam.
Zaciągnęłam się jeszcze raz i na moje nieszczęście właśnie w tej chwili do pokoju wparowała babcia.
Jej oczy rozszerzyły się, a policzki przybrały purpurowy odcień wściekłości.
- Co to ma być? Co ty do diabła robisz? Skąd to masz?- falą pytań starała się zagłuszyć muzykę - Dawaj mi to - wyrwała skręta z mojej ręki i z obrzydzeniem spojrzała na jeszcze żarzący się koniec. - Przegięłaś moja panno. - Wpadła do łazienki i wrzuciła do kibla mojego funta.
Nie potrafiłam skleić nawet jednego twórczego zdania we własnej obronie.
- To już jest szczyt, Angel. - Przemówiła znów, wychodząc z łazienki. - Czy chcesz czy nie, jeszcze dziś skontaktuję się z twoim ojcem, a wierz mi na słowo nie mam na to ochoty...
Po tych słowach babcia Marry żwawym krokiem wymaszerowała z pokoju zostawiając mnie samą z otępiałym od narkotyku umysłem...
Nie potrafiłam skleić nawet jednego twórczego zdania we własnej obronie.
- To już jest szczyt, Angel. - Przemówiła znów, wychodząc z łazienki. - Czy chcesz czy nie, jeszcze dziś skontaktuję się z twoim ojcem, a wierz mi na słowo nie mam na to ochoty...
Po tych słowach babcia Marry żwawym krokiem wymaszerowała z pokoju zostawiając mnie samą z otępiałym od narkotyku umysłem...
Kopnęłam krzesło z wściekłości.
Jak mogłam być taka głupia?!
Pięknie Angel, cudownie!
Jak mogłam być taka głupia?!
Pięknie Angel, cudownie!
_____________________________________
*zwijacze - skręty robione ręcznie przez Nicka.
*zwijacze - skręty robione ręcznie przez Nicka.
_____________________________________________________
Rozdział krótki, więc potraktujcie go jako zapowiedź ciągu dalszego. :>
Bardzo proszę o komentarze z opiniami na jego temat :)
piątek, 15 lutego 2013
Never Ending Friendship Story
Otóż ten blog miał nosić inny tytuł i miał być o czymś zupełnie innym. Zdecydowałam się jednak na zmianę; mam nadzieję właściwą.
Blog będzie opowiadaniem o zbuntowanej dziewczynie, która nie ma w życiu łatwo. Miała tylko mamę, bo ojciec oczywiście nie sprostał zadaniu wychowywania niechcianej córki.
Blog będzie opowiadaniem o zbuntowanej dziewczynie, która nie ma w życiu łatwo. Miała tylko mamę, bo ojciec oczywiście nie sprostał zadaniu wychowywania niechcianej córki.
Historia opowie wam o przyjaźni między wspomnianą dziewczyną, a koniem, który został skazany na śmierć.
Mam nadzieje że wam się spodoba ;)
Liczę na pozostawione po sobie ślady, w postaci komentarzy pod najnowszym postem ;>
Subskrybuj:
Posty (Atom)
